Letnie atrakcje

Lato. Upał. Leje. Czasem słońce, czasem burza. 🙂 Ot, takie to lato jakieś mieszane.
Teraz będzie obiecane ostrzeżenie. 🙂
Cesia, uważaj, będą dwa zdjęcia be. Ale potem będzie niespodzianka. Mam nadzieję, że miła. 🙂
Kwitnące oregano wreszcie ściągnęło rusałki. Oprócz innych oczywiście, bo w okolicy kręcą się także bielinki i inne takie.

Lato to czas wypoczynku i atrakcji dla dzieci. Wiąże się to z wyjazdami i nadrabianiem m.in. rodzinnych zaległości towarzyskich. 🙂 Po kilku podejściach udało się nam wreszcie dopasować różne okoliczności i pojechać do mojego kuzyna. Ten oczywiście zadbał o zajęcia dla dzieci. No i było to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli ZOO. Zaczęło się od zwierząt lokalnych. Chociaż w różnej postaci. 🙂

Potem trafiliśmy na coś, co przypominało wystawę figur ogrodowych. 🙂 Wszystkie jasne, tylko jeden miał bardzo nasycony kolor. Ciekawe dlaczego.

Dalej zwierzę klasyczne, które dzieci bardzo lubią i aż popiskują z radości na jego widok. Nie jest przecież milusie i puchate jak miśki, ale wyraźnie cieszy się dużą sympatią najmłodszych. 🙂

Tutaj z kolei leniwiec. Z zachowania. 🙂 Ale trudno żeby biegał w taki upał. 🙂

Pierwszy raz miałam okazję obejrzeć zebrę z tak niewielkiej odległości i to od góry. Okazuje się, że na górze ma ciekawy wzór. A widzi się ją przeważnie z boku, z klasycznymi paskami.

Dlaczego niektóre brzydale są tak piękne? Brzmi jak oksymoron. 🙂 No ale tak jest. Leżą sobie nieruchomo, ruszają tylko oczami. Czasem ich otwarte pyski sprawiają wrażenie uśmiechu. Można by tak na nie patrzeć godzinami.
Przepraszam, że nie podaję nazw zwierzaków, ale nie chciało mi się zapisywać. 🙂 A tyle tego było, że wszystkich nazw nie byłam w stanie zapamiętać.

Ryby są jednak bajecznie kolorowe. Te egzotyczne klejnoty migoczą w akwariach. Czysta woda i subtelne oświetlenie wydobywa ich piękno i wdzięk. Oczywiście był słynny Nemo, ale strasznie ruchliwy, skubaniec. Wykorzystałam moment, że inna akurat coś sobie od niechcenia podszczypywała.

No i oczywiście zwierzęta, które budzą u mnie niemiłe dreszcze. Widziałam już różne okazy, ale ten z pierwszego zdjęcia mnie zszokował. Był naprawdę olbrzymi! Kiedy tak siedział, był dłuższy od mojej dłoni. Gdyby rozstawił łapy, były większy niż moje dwie złożone dłonie. Potwór! Oczywiście branie go na ręce nie wchodzi w rachubę. Brrr… Ten drugi miał już rozmiar klasyczny. 🙂 Też z tych dużych, ale bez przesady. Taki jak z filmu z serii Indiana Jones. :)))

Okazało się, że w tym ZOO jest dolina, w której jest pełno stworów, będących ostatnio ulubionymi zwierzętami mojego synka. Młody potrafi zapamiętać ich nazwy, wygląd, zwyczaje, rodzaj pożywienia i takie tam. Dzieci oglądały je z zachwytem. Chociaż są one mniejsze niż w rzeczywistości, to dawały pojęcie, jak olbrzymie to były to stworzenia. Imponujące, budzące respekt. Dobrze, że ich epoka nie zbiegła się z naszą. 🙂

Na koniec dnia pełnego atrakcji przejażdżka najpierw niby-ciuchcią, a potem kolejką linową. Też pierwszy raz tym jechałam. Aż szkoda, że trasa jest tak krótka. Chętnie pojeździłabym dłużej. 🙂 Mimo moich obaw (gondola się jednak nie do końca zatrzymuje), dzieci wsiadły bez problemów i nie bały się. A wręcz były zachwycone taką jazdą nad drzewami. 🙂

To teraz czeka mnie dalsze upajanie się latem i kolejne atrakcje.:)
Może nawet zrobię sobie małą przerwę od komputera i internetu. Niech też sobie odpocznie. 🙂


Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

Takie tam zwykłe ple ple ple…

Ple ple ple. Jak Wiedźma Ple-Ple. Lubiłam Fraglesy. :)))
Czuję, jak pojawia się we mnie chęć napisania nowego tekstu. Tylko że nie mam tematu. Ale coś się kłębi. Jakieś słowa, które chcą się wydostać na zewnątrz. Jednym z bodźców jest na pewno nowa klawiatura. Jest śliczna. Z obudową z bambusa. Czuję się przy niej jak panda. Co nie znaczy, że będę ją nadgryzać. :))) Mam wprawdzie odpowiednie gabaryty i wystarczy przy makijażu lekko potrzeć oczy i już. Panda wielka przy komputerze. :)))
A klawiaturka milusia. Ma nieco inny rozmiar i trochę inaczej ustawione niektóre klawisze. Muszę się przyzwyczaić. 🙂
Stuk, stuk, stuk stukają cichutko klawisze. Stuk, stuk, stuk, stukają cichutko krople deszczu o parapet. Kro… Ej, no! Jakie krople deszczu?! Słoneczko tak ładnie świeci, raptem parę chmurek, niebo błękitne. A tu jak nie lunie! Od razu przypomina mi się znany z dzieciństwa wierszyk:
„Deszczyk pada, słońce świeci,
Czarownica łapie dzieci”. :)))
Leje. To nawet ładnie wygląda. Krople migoczą w słońcu. Ciepło. Spojrzałam na termometr. Temperatura nie drgnęła, a z reguły podczas deszczu zjeżdża od razu o kilka stopni.
Dopiero teraz się nieco zachmurzyło. 🙂
Spróbowałam zrobić zdjęcia chmurkom typu „bita śmietana na galaretce, widziana od strony galaretki”. No to mniej więcej tak wygląda.

A w niedzielę wieczorem mieliśmy niespodziankę. Mąż przybiegł do domu i mówi: „Chodź prędko, zobacz co siedzi na słupie!” Zawołałam dzieci, wyszliśmy cichutko na dwór. Na słupie po drugiej stronie drogi, na wprost naszej furtki siedział niezwykły gość. Prawda że piękny? :)))

Do tego wybrałam się ostatnio w pole z aparatem. Łażę sobie i słyszę, że coś piska. Ptaszynka jakaś. Patrzę – siedzi na płocie i drze dziób. Zaczaiłam się za sumakiem i dało toto zrobić sobie zdjęcie. :))) Wychodzi mi, że to trznadel. Nawet nie był zbyt płochliwy.

No i oczywiście widok, który już miejscami znika. Żniwa się zaczynają. Kombajny zaczynają grasować po polach.

Zieleni się jeszcze radośnie kukurydza.

I pięknie w tym roku zakwitła jukka. Chyba po raz pierwszy zrobiłam jej zdjęcie. Jest prześliczna.

A wieczorem słońce zaplątało się w brzozę.

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

No wreszcie!

No wreszcie się doczekałam. Tęczy. :))) Burz kilka było, ale mizernych. W dodatku niektóre w nocy. Padało wprawdzie porządnie, ale z kolei niebo było zbyt dokładnie zachmurzone. No i pewnego dnia, już pod wieczór, rozpadało się. Ale takim subtelnym deszczem. I wylazło słońce. A ponieważ chmura była porządna, to pełna nadziei pognałam po aparat. I jest! Wprawdzie wieczorna, delikatniutka, ale jest!

Tęcza zaliczona. :))) Teraz rozszalały się dzwonki. Mam trzy różne. Białe, niebieskawe i różowe. Te różowe są kapryśne. Znikają i nigdy nie wiem czy wyrosną i gdzie. Za każdym razem wybierają sobie inne miejsce. 🙂 Wydaje mi się, że gdy pierwszy raz kwitły, to były dosyć niskie, ale teraz są wysokie. I bardzo je lubię. 🙂 Chociaż ostatnio sporo kęp tych niebieskawych rośnie wzdłuż garażu. 🙂

W tym roku jest bardzo mało motyli. Rusałki to prawdziwa rzadkość. Widuję czasem bielinki. Kiedyś widziałam zorzynka i jakieś modraszki. Ale pojedyncze egzemplarze. Teraz udało mi się zrobić zdjęcie jakiejś ćmie. Siedziała sobie ładnie na szybie. Też oczywiście wieczorem. 🙂 Nie mogłam użyć lampy, bo robiłam przez szybę. Nie wiem co to, ale ładnie jej czułki widać. :)))

I na milutkich, fioletowych kwiatach świerzbnicy pojawiły się łakome motyle. Nawet sporo. Podejrzewam, że to strzępotek ruczajnik. 🙂 Ciekawe, czy pojawią się inne.

Jeden z sąsiadów wreszcie odważył się skosić trawę. Ciekawe czy wyschnie. Bo on ma z reguły pecha – jak skosi, to od razu zaczyna padać. 🙂 Natomiast na polu obok widnieje przepiękna, niebieska plama. Chabry zaszalały. :)) Nie są to wprawdzie „chabry z poligonu”, ale też ładne. :)))

Słowem lato, wakacje. Robi się ciepło i przyjemnie.
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna