Szum fal

No i nas poniosło w Polskę. Droga była długa. I droga. 🙂 Z powrotem jechaliśmy już darmową wersją. Dopadły nas trzy solidne korki. Umilaliśmy sobie czas obserwowaniem okolicy. Mnie oczywiście spodobała się nazwa rzeczki. 🙂

Z powrotem staliśmy tylko raz, ale korek zakończył się atrakcyjnie: gdy pojawiła się nadzieja, że już będziemy jechać, to musieliśmy się zatrzymać, bo mijała nas kolumna wozów policyjnych. Przejechało ich siedem, potem karetka. I za chwilę próbował ich dogonić ostatni. 🙂 Ciekawe, jak oni się przebili przez ten korek?
No ale udało się pokonać prawie 600 km w dziewięć godzin. 🙂
No i wreszcie morze.
Obiecane, wyczekane, wystęsknione. Woda – to mój ukochany żywioł. Bardzo lubię szum fal, krzyk mew, zapach wiatru. Uwielbiam pływać w morzu. Czasem staję tak, że przede mną nie ma już nikogo. Wszystko zostaje poza mną. Jest tylko morze, niebo i ja. Cudowne uczucie. 🙂
Woda daje czasem poczucie bliskości. Nie jest tak niedostępna jak góry. Otula i pieści. Chociaż bywa groźna i zabójcza, ale w gniewie też zachwyca. Potęgą i urodą. Przygarnia i kusi. Czaruje i upaja.

Pominę tutaj tradycyjne narzekania na ludzi, zgiełk i zalew badziewia. 🙂
Ośrodek, w którym byliśmy był oddalony od tego wszystkiego. Gdy szukałam miejsca, przeczytałam, że jest w lesie. Nie myślałam, że będzie to takie dosłowne. :)))
Okolice naszego domku wyglądały tak:

Napisano, że przy każdym domku jest miejsce parkingowe. Owszem, jest. Jednak kierowcy musieli tu uruchomić całą swoją zręczność i wyobraźnię, bo dotarcie do domku bez zadrapania, z kompletem lusterek i świateł było czasem bardzo skomplikowane. Do tego odgłos przedzierającego się mozolnie samochodu natychmiast budził zainteresowanie. :)))
Do tego, dla wzmocnienia efektu, pod mapą z rozmieszczeniem domków, wisiało ostrzeżenie.

Podobno w zestawie, oprócz słodkich wiewiórek i rozmaitych ptasząt, były lisy i dziki. :))) My też mieliśmy w nocy jakiegoś tajemniczego, małego gościa. Jakieś zwierzątko potupało delikatnie po podłodze, pogmerało w reklamówce (i tu się nacięło, bo była tam tylko woda i chusteczki higieniczne). Potem pomknęło gdzieś po ścianie i uciekło.
Las jest wdzięcznym tematem do fotografowania. Podobała mi się paprotka rosnąca na drzewie. Ciekawy pomysł do ogródka. 🙂

W dodatku okazało się, że ta akurat kwitła. 🙂

Oczywiście nad morzem nie mogło zabraknąć klasycznego obrazka.

W tym roku było bardzo dużo meduz. Co chwila się na jakąś wpadało. Jednego dnia morze wyrzuciło ich na brzeg mnóstwo. Przeważnie małych. Szkoda ich. Są takie piękne.
Chociaż nie udało się uniknąć skojarzenia z „lornetką i meduzą”. 🙂

A na morzu, jak to na morzu: całe mnóstwo jednostek pływających. Kutry, żaglówki – tych były na horyzoncie niesamowite ilości – widocznie w okolicy odbywała się jakaś impreza. I atrakcja dla turystów – statek piracki. Trzeba przyznać, że w świetle zachodzącego słońca prezentował się bardzo ładnie.

No i przyznaję się. Zrobiłam to. Zdjęcie zachodzącego słońca. :))) Zachód słońca nad morzem. :)))

Ach to morze! Jakie ono jest cudowne. Zmienne i kapryśne. I tak bardzo kochane. Następne spotkanie za rok. Szkoda, że nie jest bliżej…
Teraz przede mną uporządkowanie kolejnej serii zdjęć i… emocji. Podzielę to chyba na dwie części. Będę miała więcej przyjemności. 🙂 No bo przecież nad morzem byliśmy na wyspie. Na wyspie Wolin…

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna