Wolin cz. 1

Wolin. Osada. Centrum Słowian i Wikingów. Jomsborg – Wineta. Wracam tu po kilku miesiącach. Wtedy byłam po sezonie. Nie było odtwórców, nie było turystów. Byłam sama. Pozwiedzałam sobie do woli. Napawałam się atmosferą tego miejsca. I z chwili na chwilę czułam, jak bardzo się przywiązuję. Ciekawa byłam, jak wygląda w czasie festiwalu. W pierwszej chwili myślałam, że to niemożliwe. A jednak… Od razu przekonałam się, jak bardzo tęskniłam. Cóż za radość, gdy wreszcie przekroczyłam bramę. Cudownie było wrócić…
Zaczęłam stopniowo. Przed festiwalem były warsztaty archeologiczne. Taka rozgrzewka. Pojawili się pierwsi odtwórcy, namioty, kramy. Jeszcze niewiele i mało turystów. Spotkaliśmy znajomych z Woli – naszych przemiłych „sąsiadów” z parkingu. 🙂 Bardzo mi się przydała obecność synka. Należy do tzw. „pytonów nienasyconych”. Nie ma oporów, spyta o wszystko. 🙂 Dziecku odpowiadają chętnie i dokładnie, a ja na tym korzystałam. :))) Ma jednak typową wadę: co zobaczy, to od razu chce. :))) Córcia na szczęście jest bardziej powściągliwa.
U znajomych obejrzeliśmy ubrania, elementy uzbrojenia, naturalne kosmetyki, nieco różnych przedmiotów użytkowych. W pięknie zdobionych, drewnianych okładkach tablet, tabliczka znaczy. Pokryta czarnym woskiem, z rylcem do pisania i jednocześnie zacierania tekstu. Taki ołówek z gumką.

Piękny grzebień.

Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia noża. Pierwszy raz widziałam takie cudo z bliska. Ze stali damasceńskiej.
Pooglądałam sobie kosmetyki, powęszyłam. Popytałam. Obejrzeliśmy sobie krzesiwo. Przy okazji wiem, już co to takie dziwne, które parę razy widziałam. Oni, z braku kieszeni, wszystko noszą przywiązane do paska, lub zawieszone na szyi. Czyli często sprzęt użytkowy był jednocześnie ozdobą.
Do krzesiwa oczywiście potrzebny jest krzemień i hubka. Nie wiedziałam, że przygotowanie hubki było takie… hm… paskudne. 🙂
Po krótkiej lekcji poszliśmy dalej. Łasuch zwęszył pierniczki, więc zatrzymaliśmy się przy kramie bartnika. 🙂

Oczywiście oprócz pytania i oglądania robiłam zdjęcia. Tu jest pożegnalne zdjęcie Świętowita. Później zdjęto stary posąg i miałam okazję być świadkiem ustawiania nowego, wraz z całym obrzędem, rozpalaniem ognia i składaniem ofiar. Ale o tym jeszcze napiszę później. Muszę to wszystko podzielić. 🙂

Nie obyło się bez zajrzenia do chat. Zauważyłam, że jednej z chat, które widziałam poprzednio, nie ma. Później dowiedziałam się od żercy, że był tam pożar. Zdarza się, że jacyś ludzie specjalnie przyłażą, żeby podpalić. Na coś takiego to już słów mi szkoda. Nie mam zamiaru tu o takich pisać.
Zajrzyjmy zatem do wnętrza chat:

Gustowna kołyska. 🙂

W przydomowym ogródku małe pólko lnu. Tym razem w grządki powbijane były paliki, na których umieszczono nazwy poszczególnych roślin. Słusznie, bo „pytonów” wkoło mnóstwo. 🙂

Na murku uroczy obrazek. 🙂

Oczywiście wypatrzyłam piękne krosna i warsztacik do tkania krajek. Na tym jest naciągnięta krajka na tabliczkach. Bardzo wygodna rzecz. Mało miejsca zajmuje. Ja zamówiłam sobie nieco inny, większy, też drewniany. No i dokupiłam tabliczek. Nieśmiało sięgnęłam po nie i poprosiłam o określoną ilość sztuk. Pani powiedziała, że mogę sama wybrać, bo kupujące lubią dobierać tabliczki „do ręki”. Zachęcona, już bez skrępowania „miziałam” tabliczki po swojemu. Oprócz przyjemności tkania na nich, przyjemnie się je wybiera. 🙂

Na tym kramie z kolei produkty do kupienia mniej mnie zainteresowały. Zachwyciło mnie to naczynie. 🙂

Poszliśmy także obejrzeć łodzie. Piękne. Ale cóż, okazało się, że miały bardzo dużą konkurencję, która wywołała piski zachwytu synka. Z żądaniem zrobienia zdjęcia. 🙂

No i sympatyczny młody człowiek. Hm… nie spytałam wprawdzie o zgodę na umieszczenie zdjęcia. Jakby co, to usunę. Ale bardziej żałuję, że nie spytałam o imię.

Tak było w poniedziałek i w środę. A w piątek zaczynał się festiwal. Ale o tym będzie w następnym odcinku. 🙂

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna