Jesiennie

Jesień, wrzesień, rześkie poranki, słoneczne południa, chłodne popołudnia i wieczory. Wróciły spacery, bo Junior jeździ autobusem szkolnym i trzeba kawałek dojść do przystanku.
Czasem nawet biorę aparat. Niektóre widoki są jeszcze mało jesienne.

Mijam po drodze stary dom. Ostatnio ma nowego właściciela. Podwórko już uporządkowane, chaszcze wycięte, w domu zaczyna coś się dziać. Ciekawe, czy da się wyremontować, czy obejdzie się bez wyburzania? Pewnego dnia, gdy przechodziłam obok, kątem oka dostrzegłam jakiś niebieski błysk…

Jesień zaczyna się coraz bardziej panoszyć. Wszędzie dookoła owoce. Najrozmaitsze (nie będę dokładna botanicznie :). Stanowiące pokarm dla ludzi i zwierząt. 🙂 Trochę słodyczy, trochę chrupania. 🙂

W trawie srebrzą się późne dmuchawce. Złocą się jeszcze kwiaty mniszka. Kwitnie wciąż gailardia. Myślałam, że już po niej, ale nagle się ocknęła, wylazła i zakwitła. 🙂

Niektóre rośliny wyglądają tak jakoś egzotycznie. Jakby kaktusy jakieś, czy coś. 🙂 No i oczywiście mój ulubiony sumak. Ten większy kojarzy się z palmą. Lubię tę roślinę. Młode pędy są mile kosmate, takie aksamitne, do miziania. 🙂 A ja lubię kosmate. 🙂 Jesienią natomiast liście wybarwiają się stopniowo, od zieleni przez żółć, pomarańcz do ognistej czerwieni.

Jesień. Na razie łagodna i słoneczna. Choć zaczyna się już powoli czuć jesienne smuteczki. Na razie takie małe. Skończył się już sezon wyjazdowy. Eeeech… Został mi internet, własne zdjęcia, płyty z muzyką, filmy, kilka przedmiotów, wspomnienia… Już tęsknię…
Jak będzie w przyszłym roku? Nie wiem. Ile uda mi się zobaczyć? Nie wiem. Nie chcę marzyć, planować. Zobaczymy jak będzie…
Na koniec jedna z ulubionych piosenek w ulubionym wykonaniu. Bardzo lubię Jej głos. 🙂 Niech więc nas ogarnie „Jesienna zaduma”…

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

Biskupin cz. 2

Ponieważ jesień wtargnęła z przytupem, czyli deszcz, paskudne mgły i przymrozek, to ja jeszcze wrócę do lata. 🙂 Część druga i ostatnia. W niedzielę byliśmy krótko, bo znowu długa droga przed nami, ale obejrzeliśmy co chcieliśmy. Najpierw śniadanie, zwieńczone pyszną kawą. Potem pakowanie, oddanie klucza i myk – do osady. Tym razem zaczęliśmy od części baaaardzo dawnej. Od osady neolitycznej. Cofanie się w czasie nie jest łatwe. 🙂

Zrobiliśmy szybką rundkę. Obejrzeliśmy archeologiczne puzzle, szałasy, miejsce pochówku (brrr…), łódkę i narzędzia rolnicze. Narzędzia rolnicze składały się z dwóch części, które akurat w tym czasie były rozmontowane i leżały osobno. Tu jedna część.

A tutaj druga. 🙂

Urody wprawdzie wielkiej, ale jakoś przyjaźnie to to nie wyglądało. 🙂
Potem oczywiście pognałam do wioski wczesnopiastowskiej, troszkę jeszcze „podładować akumulator”. No i znowu spróbowałam w coś trafić, strzelając z łuku. 🙂 A potem była ostatnia (dla nas) porcja tańców. Tym razem szkockich. Wprawdzie to nie były tańce „tupane”, ale za to z „rodzynkiem”. :))) I, jak poprzednio, z opisem strojów, zwyczajów, gestów i rodzaju tańca.

Zespół nazywa się Comhlan (z Krakowa). 🙂
Następnym punktem programu był występ białoruskiego zespołu Lutaś. Piękna muzyka i śpiew umilały nam oczekiwanie na pokazy walk. 🙂

No i nadszedł oczekiwany (głównie przeze mnie) punkt programu. Dla nas niestety ostatni, bo tuż po walkach wyjeżdżaliśmy. Przy walkach zawsze jest osoba prowadząca, informująca widzów kto z kim walczy itp. Za pierwszym razem zupełnie nie mogłam tej osoby zlokalizować. Za drugim razem już mi gdzieś mignął, ale z reguły był za wojami i też nie za bardzo go widziałam. Ale za trzecim razem nie miałam żadnego kłopotu z lokalizacją. 🙂 Chociaż, jak się okazało, była to inna osoba. 🙂 Ponieważ usadowiliśmy się blisko sceny, to potem wystarczyło się odwrócić i podejść do barierki, żeby móc zachwycać się walką. No i okazało się, że mikrofony bez przewodów odmówiły posłuszeństwa i prowadzący, chcąc nie chcąc, musiał wejść na scenę. 🙂 Tuż za naszymi plecami. 🙂

Krótki wstęp historyczny i wreszcie mogłam sobie pooglądać wojów w akcji. Plus dowcipny komentarz. 🙂

Przyjemność zmącił nieco fakt, że pod koniec pokazu zaczęło lekko popadywać. Ale potem przestało. Wobec tego poszliśmy w stronę parkingu. I wtedy zaczęło padać. Porządnie. Udało nam się przemknąć do wikliniarza i ustawić pod dachem, który wystawał nieco za stoisko. Nie my jedni. :)) Upchnęły się tam dwa rzędy osób, które liczyły na przejaśnienie. Trzeba przyznać, że było wesoło. 🙂 Gdy trochę się uspokoiło, postanowiliśmy opuścić schronienie i pobiec dalej. No i po drodze dopadła nas kolejna fala ulewy. Dobiegliśmy do budynku z kasami. Chwilę odczekaliśmy. Deszcz jakby zrobił się mniejszy. Poszliśmy w stronę parkingu. Znowu dolało, więc wpadliśmy pod wielkie parasole nad stolikami, patrząc tęsknie na nasz samochód. Fala przeszła, to już dobiegliśmy do samochodu. Ruszyliśmy – znowu przylało. 🙂 Za Biskupinem przestało padać. Zatrzymaliśmy się na jakiejś polnej drodze, wśród kukurydzy. Przebraliśmy się w suche ubrania, zjedliśmy drugie śniadanie (albo może wczesny obiad) i pojechaliśmy. A po drodze czasem słońce, czasem deszcz. 🙂
No i mam teraz znowu sporą porcję zdjęć i mnóstwo wspomnień. W tym wiele bardzo miłych. Bardzo bardzo. 🙂
I bardzo chciałam podziękować tym wszystkim, których tam spotkałam. Szczególnie odtwórcom. Za ich pasję, zaangażowanie, życzliwość i cierpliwość 🙂 w odpowiadaniu na liczne pytania. Dziękuję! Jesteście wspaniali! Podziwiam Was i Wasze dzieło.
Sława!

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

Biskupin cz. 1

XX Festyn Archeologiczny. Ostatni punkt programu, czyli piękne zakończenie sezonu. Pojechaliśmy tam na ostatnie dwa dni: sobotę i niedzielę. Chociaż to na początku tak nie wyglądało, to okazało się, że wyjazd był pasmem szczęśliwych zbiegów okoliczności. No po prostu mieliśmy farta. :))) Był to wyjazd „węszący”, czyli pojechaliśmy sami, bez dzieci. Nastawieni na nocleg w samochodzie, ze śpiworami.
Zaczęło się nieciekawie. Mieliśmy wyjechać wcześnie rano (tam jak zwykle daleko, mniej więcej 260 km, zależnie od wybranej trasy). Ale się przeciągnęło. Po drodze oczywiście dodatkowe opóźnienia. W Gnieźnie dodatkowo wpadliśmy w wielki korek. Po dojechaniu do przyczyny, okazało się, że był to tir i chyba pięć samochodów osobowych, mocno sklepanych, jeden za drugim. Brrr…
Wydrukowałam sobie z internetu program imprezy i jechałam już nieco zdegustowana, bo ominęła mnie porcja tańców irlandzkich. Do tego, co gorsze, według tego planu walki wojów miały być o 11, a dotarliśmy tam tuż przed 12. I to bolało bardziej, bo to jest przecież moja ulubiona część programu. No trudno. Zaparkowaliśmy, upewniliśmy się, że na tej łące możemy spokojnie nocować i poszliśmy zwiedzać. Przy kupnie biletów dostaliśmy gazetkę, w której m.in. był program na dany dzień. I okazało się, że walki zaczynają się o 12! Toteż mocno przyspieszyliśmy, po drodze dopadając kogoś, z prośbą o wskazanie kierunku. Dzięki dobry człowieku! 🙂 Zdążyliśmy! No! Miodzio!

Mogłam się ponapawać szczękiem broni i widokiem walki. Aaaaach! Humor poprawił mi się wybitnie. :)))

Potem, w oczekiwaniu na kolejną porcję walk :), poszliśmy się rozejrzeć, już na spokojnie.

W długich chatach były stanowiska różnych zawodów. Oczywiście wypatrzyłam miły dla oka napis: „Tkactwo”. 🙂 Panie cierpliwie odpowiadały na pytania, demonstrowały tabliczki, bardko. Mnie przyciągnęły tabliczki. Od pewnego czasu poszukuję pewnego tradycyjnego wzoru z Birki. Trudno mi jeszcze samodzielnie do niego dojść. Obok tkającej pani leżały… wydruki z wzorami! Chwila miłej rozmowy i dostałam adres internetowy, i pozwolenie na sfotografowanie wzoru. Kolejna radość!
Potem dalszy spacer. Teraz zwabiły nas stroje nurków. Piękne. Tylko ciężkie jak diabli. Nawet ponad 100 kg. Był też pokaz nurkowania. Pan, ubrany w taki właśnie historyczny strój, zanurkował w specjalnym kontenerze. Obejrzeliśmy jak go ubierają, z omówieniem kolejnych części stroju.

Ponieważ każdy tam może znaleźć coś ciekawego dla siebie, to mąż dopadł saperów, a ja archeologa, który opowiedział co jest w zrekonstruowanym stanowisku archeologicznym. 🙂
Następnym punktem programu, z cyklu: „to, co tygrysy lubią najbardziej”, był pokaz tańców irlandzkich. Nie dość że panie miały sukienki w cudnym, turkusowym kolorze (na zdjęciach tak ładnie nie wyszedł), to doczekałam się tańca „tupanego”. Poezja!

Potem spacer po wiosce wczesnopiastowskiej. Piękna! I tu mi się podobało najbardziej, bo atmosfera taka, jaką lubię. Tam coś jest, coś wyczuwam. Tam się najlepiej czuję. To trudno określić, opisać, wyrazić. No po prostu coś czuję. 🙂 W dodatku w tym miejscu nie odczuwam tak obecności turystów, przeważają odtwórcy, potrafię się „wyłączyć” i przestawić na inną epokę. 🙂

Kolejnym punktem programu była następna porcja walk. Mąż poszedł sobie do saperów. 🙂 Wojowie lubią zaskakiwać turystów. Spodziewałam się zakończenia walk takiego, jak poprzednio i mocno się zdziwiłam, kiedy musiałam zmykać przed mieczem, który zatrzymał się centymetr nad moim ramieniem. :)))
Ponieważ jeszcze nie chciało nam się wracać, to połaziliśmy sobie. Przy okazji dorwałam się do łuku. 🙂 Trudno trafić w cel, będący kartką A4, ale trafiłam w słomiany blok, do którego była przyczepiona ta namiastka tarczy. 🙂
Po pewnym czasie zaczęliśmy szukać jakiegoś jedzenia. Udało mi się uprosić sympatycznego pana, który nakładał nam porcje, żeby moją zmniejszył o połowę. :)) Pyszne było, tylko duuużo. 🙂
Oprócz niewątpliwych atrakcji rekonstrukcyjnych było też kilka sympatycznych spotkań. Niektórych odtwórców zaczynamy już rozpoznawać i okazuje się, że oni pamiętają nas. 🙂 To bardzo miłe. 🙂
Trafiliśmy też na stoisko z pracami karykaturzysty Lesława Kuczerskiego. Rozchichotaliśmy się na dobre. :)) Autor w dodatku rysował karykatury z natury. Piękne! „Portretowana” dziewczyna wyraźnie zachwyciła się dziełem. A ja capnęłam ostatni egzemplarz książki i jeszcze dostałam dedykację. No mam taką (nieszkodliwą, mam nadzieję) manię zbierania autografów. Jeśli z dedykacją, to jeszcze lepiej. 🙂
Po pewnym czasie wczesna pobudka, długa podróż, pobyt na świeżym powietrzu i mnóstwo emocji zrobiły swoje. Klapnęłam na ławkę i zdecydowanie zażądałam kawy, bo oczy zaczęły mi się kleić. Przypomnieliśmy sobie, gdzie widzieliśmy obiecujący napis: „kawa parzona” i poszliśmy. Po drodze spotkaliśmy jeszcze znajomego odtwórcę. 🙂 Chwila miłej rozmowy. 🙂
Ale potem odmówiłam dalszego chodzenia. Kupiliśmy kawę i wreszcie mogłam się rozkoszować gorącym napojem, nieskażonym cukrem ani mlekiem, który pieścił mój zmysł smaku i węchu, i pomagał odzyskać nadwątlone siły. 🙂 Siedzieliśmy sobie leniwie, patrząc na przechodzących ludzi. Nagle mąż mówi: „No popatrz, kto tu idzie!” Szczęka klapnęła mi na stolik obok kubka. Zdzisław Cozac we własnej osobie! Postanowiłam naprawić błąd, bo w Woli nie miałam odwagi podejść, złapałam odpowiednie akcesoria i ruszyłam kurcgalopkiem za nim. Konkretnie to za nimi, bo szedł z operatorem. (Na stronie Biskupina są zdjęcia z festynu z lotu ptaka – pewno znowu dron był w akcji.) No i mam autograf! HA! I dowiedziałam się, kiedy może być premiera nowego filmu! No i czy to nie był wspaniały dzień? 🙂
W końcu powoli turyści zaczęli znikać, zrobiło się późno i postanowiliśmy wracać do samochodu. Po dojściu do drogi okazało się, że naprzeciwko jest jakiś zajazd i na nim napis „Noclegi”. Poszliśmy tam zapytać, ale bez wielkich nadziei. I był jeszcze jeden pokój. No czy to nie fart? :))) Mieliśmy wygodny pokój, nocleg ze śniadaniem, parking gratis i bliziutko, cena nam odpowiadała. :)) To trzeba było jakoś uczcić, bo potem jeszcze się okazało, że nasi kochani siatkarze wygrali. 🙂 Mąż wziął piwo nalewane, a ja z puszki, bo tamto niezbyt mi smakowało. Po otworzeniu stwierdziłam, że na tzw. kluczyku jest jakiś napis. Obejrzałam dokładniej puszkę – napis oznaczał, że za ten kluczyk dostanę puszkę piwa. No i niech mi ktoś powie, czy to nie był szczęśliwy dzień? :)))
A o niedzieli będzie w następnym odcinku. 🙂

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

Hojność Matki Natury

Cesiu, uważaj, będzie drastyczne zdjęcie. 🙂 Na końcu. 🙂
Ostatnie chwile lata. Ciepłe i słoneczne. Chce się przypodobać, żeby je miło wspominać i puścić w niepamięć zimno i deszcze. No niech będzie. 🙂 Nawet to miłe. Zatem wykorzystujemy ostatnie letnie chwile na zbieranie i magazynowanie najróżniejszych skarbów.
Najpierw dokonaliśmy małego najazdu na spokojne Siedlisko Ani. Była bardzo dzielna. 🙂 Dziękujemy Kochana. 🙂 Wpuściliśmy dzieci do lasu, dostały w łapki koszyki i pooooszły! Oczywiście pod kontrolą. Ale to dla nich frajda zerwać dyskretnie wskazanego grzyba, albo samodzielnie wpaść na wielką kanię. 🙂

Po odrzuceniu tych ze zbyt dużą zawartością białka zwierzęcego, zostało sporo na pyszną jajecznicę. Kanie oczywiście poszły solo na patelnię. Najsmaczniejsze są smażone klasycznie na maśle, potem delikatnie solone. Bez panierki. Mmmm…
Zaczynają się pojawiać jesienne barwy. Młody sumaczek pyszni się coraz piękniejszymi kolorami. Ale miejscami jest niewielkie zamieszanie. Dzika róża ma piękne owoce o ognistej barwie. Ta u sąsiadów zakwitła, nawet dosyć obficie. No cóż, teraz tak bywa…

I oczywiście całe mnóstwo owoców. Maliny, jeżyny, winogrona. Może nie tak dużo, raczej do skubania. Ale pachnące, słodkie i dzieci chodzą z kolorowymi pyszczkami i łapkami. 🙂 Bo tak te pyszności smakują najlepiej. Prosto z krzaczka.

Jabłek faktycznie jest w tym roku bardzo dużo. Nawet dzika jabłonka jest obsypana małymi, smakowitymi kuleczkami.

Gruszki i śliwki nie mają tak jednoznacznego smaku. Oprócz słodyczy, gdzieś tam w głębi jest lekka kwaskowatość, troszkę cierpkości. Bogactwo doznań. Świeże, orzeźwiające, chłodne. Jest w nich słodycz gorącego lata i rześki jesienny poranek.
No i to wszystko teraz trzeba obrać, pokroić i pozamykać w słoiczki. Nożyk delikatnie przesuwa się pod szorstką, zgrzebną skórką gruszki. Odsłania całe bogactwo soczystego, kremowego miąższu. Słodki sok płynie po palcach. Upajający zapach. I w słoiczku zamykam złote wspomnienie lata. Lubię te chwile. Przyjemnie jest potem zimą sięgnąć po te skarby, wzbogacić nimi jogurt, rozsmarować na naleśniku lub kromce chleba. Wtedy można zamknąć oczy i poczuć na twarzy ciepły dotyk słońca, usłyszeć śpiew ptaków, poczuć zapach owoców i kwiatów…

A na koniec – kwintesencja lata. :))) Tak mało ich było w tym roku, że nie mogłam sobie odmówić. 🙂

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

Koniec przed początkiem

Czyli koniec wakacji, a początek roku szkolnego. Żeby nie było tak nostalgicznie, to zafundowaliśmy sobie imprezkę. Dożynki gminne. 🙂

No wiem, ale ciekawa byłam, jak to wygląda. Stwierdziłam, że jakoś przeżyję. 🙂 A dożynki, no cóż, jak to dożynki. Poczty sztandarowe, orkiestra, wójt, delegacje wsi z wieńcami dożynkowymi (głównie o tematyce religijnej). Msza, część oficjalna, występy chórów, potem inne atrakcje. Mniej więcej wyglądało to tak: powitanie, przemówienie, msza, kazanie, powitania, przemówienia, prezentacje, występy, przemówienia, odznaczenia, przemówienia, dekoracje, nagrody, podziękowania, przemówienia…
Do tego tłum ludzi, szalejące dzieci, regionalne potrawy, soki i inne napoje, wata cukrowa, miejsca szaleństw dla dzieci. Ja sobie chodziłam, wybierałam szczegóły dekoracji. Zdjęcia oficjalne na pewno będą na stronach oficjalnych, to nie będę się powtarzać. 🙂

Stoiska z rękodziełem, biżuterią, warsztaty tworzenia jakiś ozdób, kram z odzieżą z dawnych wieków, parę sympatycznych osób w strojach z epoki. Karuzele. I bańki mydlane w wersji maxi. Taki prosty pomysł (dwa kijki i dwa kawałki sznurka), a ile radochy. 🙂 Kształty były przeróżne. Zarówno podczas ich tworzenia, jak później, gdy bańki swobodnie odlatywały w dal, uciekając małym rączkom. 🙂

Mnie zainteresowało kolorowe stoisko z potrawami. Pięknie udekorowane, aż przyjemnie było popatrzeć. Jeść było szkoda. 🙂 Chociaż podejrzewam, że znalazły się osoby, które bardziej niż wartość estetyczną wolały wartość… smakową.

Imprezę opuściłam nieco oszołomiona, z mieszanymi uczuciami i nadal twierdzę, że to jednak nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej… 🙂 Nie moje klimaty. A dzieci widzą tylko interesujące je fragmenty i potrafią się bawić w każdej sytuacji. 🙂

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna