Koniec wakacji, ale nie lata :)

Jak ten czas szybko leci! Nie jest to odkrywcze stwierdzenie. 🙂 I wakacje wreszcie się kończą. 🙂 Tak, wreszcie. Wprawdzie swoboda dzieciom bardzo odpowiada, ale jednak szkoła to koledzy i koleżanki, to ciągle coś nowego, różne atrakcje, spotkania, wycieczki. Koniec wakacji ma tylko jedną, zasadniczą wadę. Dla mnie i dla synka, bo córcia jakoś łatwiej się przyzwyczaja. Trzeba wcześnie rano wstawać. Tak, to zdecydowanie jest największy mankament. Bo już spacer na przystanek i czekanie na szkolny to nawet przyjemność. Okazja do obserwacji przyrody, która nigdy nam się nie nudzi. 🙂 Ja do tego często spotykam jakąś sąsiadkę, mogę sobie pogadać. Mam nadzieję, że koleżanka synka też będzie jeździć, bo z jej mamą fajnie mi się rozmawiało. Chociaż czasem brakowało mi stolika i kawy. :))) Fakt, sąsiadki mają sporo zajęć, przeważnie mają gospodarstwa. A mnie się marzy, żeby tak sobie iść wieczorem do kawiarni na kawę i ploteczki. 🙂 Tylko: a) nie mam gdzie, b) nie mam z kim. Ostatnio sąsiadka zaczęła mnie nieco angażować w różne sprawy i aktualnie pracujemy nad wieńcem dożynkowym. Hmm… nigdy czegoś takiego nie robiłam.
Tymczasem rozkoszujemy się ostatnimi chwilami wakacji. Lato jeszcze trochę z nami zostanie. 🙂 Ciągle, mimo suszy, są jeszcze owoce. Chociaż sporo schnie na drzewach i krzakach. A grusza ma jakieś paskudne plamy. Nie tylko ona. Trudno jest znaleźć liść, który nie miałby żadnej plamki czy śladów po szkodnikach.

Groszek niby już przekwitł, ale znowu pojawiły się różowe motylki. 🙂

Inne motylki też są. 🙂 Rusałka admirał długo siedziała ze złożonymi skrzydłami, nie jest taka jak pawik, który pyszni się swoimi kolorami. W końcu łaskawie raczyła pokazać aksamitne piękno swoich skrzydeł.

Niebo jest ostatnio często bezchmurne, ale kiedyś udało mi się zobaczyć taką chmurę.

Ciągle jeszcze kwitnie oregano. W tym upale pachnie upojnie.

Ale zdarzają się jeszcze takie przypadki. Tutaj jest czarny bez: owoce i kwiaty jednocześnie. U sąsiada znowu zakwitła dzika róża, owoce jeszcze nie dojrzały. Nawet tym w doniczkach lekko odbija. U mnie ponownie zakwitł stefanotis, który kwitnie zawsze tylko raz w roku. Czyżby takie powtórki stawały się normą?

Na razie jest ciepło, beztrosko, kolorowo i słodko…

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

W Wolinie cz. 2

Zatem wędrujemy dalej. Jak na razie na moich zdjęciach coś mało ludzi. Będą. Tłumy. :))) Nie mogłam się powstrzymać od robienia zdjęć dzieciom. Są tak urocze w strojach z epoki. 🙂

W pewnym momencie zauważyłam chłopca, którego twarz wydała mi się znajoma. Nie chciałam tak nachalnie robić zdjęcia. Zrobiłam tylko jedno, tak z boku i z daleka. Ale przechodząc, przyjrzałam się. I wreszcie mi się przypomniało. 🙂 Nie mam stuprocentowej pewności, ale chyba to on grał małego Mieszka w dniu postrzyżyn. 🙂 Chodzi oczywiście o ostatni film Zdzisława Cozaca „Ukryte gniazdo dynastii”. Reżyser też oczywiście był. Mam cichą nadzieję, że będzie kolejne dzieło z serii Tajemnice początków Polski. 🙂
Ludzie, potrzebne im narzędzia i sprzęty. Nie można jednak zapominać, że są tam również zwierzęta. Jeden koń, który służy do wróżenia przed bitwą. Hm… jakoś to dziwnie zabrzmiało, ale tak jest. 🙂 A w tym roku były też owce. Takie puchate, aż ręce świerzbią żeby je pogłaskać. Dzieci widzą w nich pluszaki-przytulanki, ja – dużo wełny do przędzenia i tkania… :)))

Ale przytulanka też się znalazła. Chociaż to był inny kot, niż ten, który w lutym mnie chapnął, to ograniczyłam się do zrobienia zdjęć z rozsądnej odległości. :)))

Tyle tam rzeczy, tyle zawsze chcę zobaczyć, dowiedzieć się, nauczyć. Coś sobie zaplanuję, a potem znajduję coś nowego. 🙂 Tym razem plan wykonałam w dość dużym procencie. :)))
Otóż część wiązała się oczywiście z… książkami. Wiadomo, że kocham czytać. Ostatnio znowu kupuję książki tematycznie związane z ulubioną epoką. Teraz, oprócz beletrystyki, dopadłam trzy świetne: dwie dla mnie, jedną dla syna. 🙂 Z ambitnymi planami zdobycia autografów autorów. To, jak wiecie, moje kolejne dziwactwo. 🙂
Pierwsza to „Kuchnia Słowian”. Autorzy: Hanna Lis i Paweł Lis. Jak dla mnie rewelacyjna rzecz o dawnych potrawach, przedmiotach używanych do przyrządzania potraw, o badaniach, odkryciach, eksperymentach, odtwarzaniu, rekonstrukcji itp. Okraszona pięknymi zdjęciami i przepisami. Z uwzględnieniem współczesności, bo przecież nie rozpalę sobie w kuchni ogniska… :))) Tutaj mi się nie udało spotkać Autorów. Mieli być dopiero w sobotę, a ja byłam na festiwalu tylko w piątek.
Kolejne książki to „Mieczem pisane. Odtwórcologia” oraz „Borek i Bogowie Słowian” autorstwa Igora Górewicza. Pierwsza o drużynach, Wolinie, festiwalach, odtwórcach. Druga o chłopcu, który przeniósł się w czasie i poznaje słowiańskich Bogów. Pierwowzorem głównego bohatera jest Czcibor (Borek) – syn pana Górewicza. Miałam ze sobą tylko pierwszą książkę i chciałam potem kupić synkowi tę drugą w internecie. Ale wyszło fajniej. 🙂 Wiedziałam, że w czasie festiwalu pan Górewicz będzie na pewno. Po bitwie zaczęłam go szukać. Z lekką paniką w oczach, bo ludzi mnóstwo. :))) Ale już wcześniej znalazłam miejsca, przy których były znajome tarcze i postanowiłam tam szukać. I udało się! Mało tego, znalazłam również kram wydawnictwa Triglav. Toteż najpierw dostałam dedykację na mojej książce, a potem kupiłam tę drugą dla syna i wysłałam go po autograf. 🙂 Dziecię odważnie poszło. Radość wielka i Autor bardzo sympatyczny. :)))
Ponieważ byliśmy tam także przed festiwalem, w poniedziałek i w środę, to udało się sporo zobaczyć. Mąż z dziećmi popłynął sobie łodzią. Ja tym razem robiłam za fotografa z lądu. 🙂
Weszliśmy na wieżę nad bramą. Obejrzeliśmy nowości, porozmawialiśmy, popytaliśmy.
W czasie festiwalu obowiązkowym punktem była wielka bitwa.

A w tym roku doszła bitwa morska z atakiem chąśników (piratów) i obroną wybrzeża.

Synka nieco rozpraszały latające wszędzie kormorany, które siadały w najrozmaitszych miejscach. 🙂

W tłumie widziałam znajome twarze. Wiele osób jeździ niemal na wszystkie festiwale. Zaczynamy ich poznawać. Znam już parę nazwisk, nazw kramów, drużyn. Zbieram wizytówki, adresy internetowe. Ciągle się czegoś uczę. I za każdym razem znajduję coś ciekawego.
Wolin, ukochany Wolin. Cudowne miejsce, wspaniali ludzie. Gdzie przeplatają się epoki, miesza się „wczoraj” i „dziś”. Miejsce niezwykłe, niezapomniane…
Wolin… Znowu tęsknię…

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

W Wolinie cz. 1

Upał. Przytłaczający. Na wielu blogach to widać. 🙂 Wieczorem można by było funkcjonować, ale wtedy chce się spać. U nas w dodatku wieczorami, tak nawet do 21 są problemy z wodą. A w Wolinie w tym roku było chłodno i przyjemnie. Pora, choć myślami, tam powrócić…
Wolin. Nareszcie! Tęskniłam za tym miejscem bardzo. Jak zwykle zresztą. Ostatnio częściej tęsknię. Może gdyby był bliżej, to mogłabym się nim nasycić. Chociaż… Ale fajnie by było, gdybym tak mogła wsiąść w samochód i pojechać tam sobie w ciągu dnia, chociaż na godzinkę, wrócić przed domownikami i jeszcze zdążyć z obiadem. 🙂 Pomarzyć zawsze można…
Wolin. Co to miejsce ma w sobie? Co mnie tam tak ciągnie? Byłam już w różnych miejscach, ale tam jest wyjątkowo. W żadnym nie czułam się tak dobrze. I to zależy nie tylko od ludzi, których tam spotykam. Owszem, ma to znaczenie, ale przecież pierwszy raz byłam tam poza sezonem, sama. Kiedy było tylko parę osób zajętych pracami budowlano-remontowymi. W tym roku w lutym było podobnie. Pusto. I właśnie wtedy było najpiękniej. Mogłam sobie chłonąć atmosferę tego miejsca. Napawać się tym „czymś”, czego nie potrafię nazwać i określić.
Wolin. Miejsce, w którym tyle się wydarzyło. I spotkania z przemiłymi ludźmi. I z tymi mniej miłymi także. Było dużo ciepła i radości, były i chwile niezbyt przyjemne. Spotkania, których wolałabym uniknąć…
Prześliczna jaszczurka, pozująca do zdjęcia i kot, który mnie ugryzł. 🙂
Barwny, fascynujący tłum rzemieślników i wojów. Natrętny, denerwujący tłum turystów. Muzyka, która temu towarzyszy jest naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Wkoło słyszy się najróżniejsze języki: węgierski, czeski, niemiecki, angielski, francuski, rosyjski, duński, szwedzki.
Oczywiście zawsze znajdę coś dla mnie nowego. Buszuję radośnie między kramami.

Oglądamy piękne przedmioty – dzieła rąk rzemieślników. A także zaglądam do rozmaitych warsztatów, oglądamy narzędzia, podglądamy pracę.

Namioty bywają zdobione wzorami.

Chaty wyglądają na zamieszkałe. Przy drzwiach są porządne zamki. 🙂

Jedna z chat wyraźnie należała do drużyny wojów. 🙂

Widzę zmiany, fascynuje ogrom włożonej pracy, bo na przykład w lutym jeszcze nie było tych fragmentów palisady.

Nowa brama. A przy niej bogactwo kolorowych kwiatów, stanowiące uroczy kontrast z masywną budowlą.

Słychać szczęk mieczy wojów, którzy między namiotami trenują przed bitwą.

Po rzece pływają łodzie bogato zdobione. Czasem są pełne drastycznie pomarańczowych kamizelek. 🙂

Przyjeżdżamy tam dwa razy przed festiwalem i w jeden dzień podczas festiwalu.
Wokół jest pełno kramów i ciągle pojawiają się nowe. Ale część to nie tylko kramy. Przy nich wciąż wre praca, można zobaczyć jak powstają przedmioty, które można obok kupić. Panie często są zajęte szyciem, haftowaniem, tkaniem, przędzeniem, przyrządzaniem posiłków. Można oczywiście kupić podpłomyki. 🙂
Wypatrzyłam także miejsce, gdzie robią tatuaże. Marzy mi się taki niewielki, delikatny kwiat… :)))
Tym razem polowałam na jakąś panią, która przędzie. Ale na wrzecionie. Po kilku próbach wreszcie taką znalazłam. I ku mojej ogromnej radości pani sama spytała, czy chcę spróbować. No pewno, że chciałam! Tjaaa… Jak to wszystko prosto wyglądało… Pani wychodziła elegancka nitka, mnie – kosmaty, koci ogon… Wełna jest milusia, mięciusia, do miziania. Ale podczas przędzenia trzeba się z nią nieco naszarpać. 🙂 Mam wełnę, mam wrzeciono z glinianym przęślikiem, będę się uczyć. Gdy powiedziałam pani o czym marzę, to nieźle się ubawiła… Ale może chociaż nauczę się prząść?

Wiem, że są warsztaty, gdzie można się nauczyć obróbki wełny od samego początku, przez przygotowanie jej do przędzenia, przędzenie, farbowanie, do tkania. Tylko to niestety dla „samych swoich”, nie dla turystów. Szkoda.
Kupiłam sobie także gotową wełnę na krajkę, bo okazało się, że nawet mnie na nią stać. 🙂 Mam adres, to pewno dokupię. I może tej do przędzenia też.
Oj. Widzę, że wpis zrobił się jakiś duży. Pora na przerwę. 🙂
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

Morskie wspomnienia

No to przenoszę się nad morze. Za oknem upał. Rano obudził mnie kombajn buszujący w zbożu u sąsiadki. Miło jest zatem powspominać cudowny zapach morza, upajający szum, miękkość chłodnej wody i szorstki dotyk piasku.
Pogoda nas nie rozpieszczała. Słońce i woda pozwoliły na kąpiel tylko na początku i na końcu pobytu. Poza tym ograniczaliśmy się do spacerów po plaży. Morze sobie poszalało. I o to chodzi. Takie jest najpiękniejsze. :))) Hałas fal jakoś nie drażni, ale oszałamia i porywa. Można się w tym zupełnie zatracić.

Spacerowaliśmy więc sobie brzegiem, pozwalając wodzie gładzić stopy. Czasem chodzenie utrudniały drobne kamyczki, w których noga zapadała się niemal po kostkę. Ale to dobry masaż. Z peelingiem. :))) O bursztynach oczywiście można tylko pomarzyć, ale zawsze coś ciekawego się znajdzie. Jakiś ładny kamyczek, moje ulubione szkiełka (to zielone) i, niestety, malutkie meduzy (to przezroczyste).

Morze rozbija się na kamieniach. Drewno z resztek falochronu tworzy ciekawe formy. A woda rysuje na piasku różne maziaje.

Oprócz wody wiatr też ma swój udział w urozmaicaniu plaży. Jego ulubionym zajęciem jest rzeźbienie.

Zawsze mi się wydawało, że boje, umieszczane w wodzie, mają jakieś znaczenie, a ich kolor też coś oznacza. Żółty jedno, a czerwony drugie. Przy tej boi miałam jednak dylemat… 🙂

Oprócz plaży i magii morza trzeba docenić wydmy, które stanowią ich oprawę i wsparcie. Smagane wiatrem drzewa, wciąż spryskiwane słoną mgiełką, dzielnie trwają na swoich stanowiskach. Przybierając nieraz wyjątkowe kształty.

Na dole, w trawie, znalazłam moje ulubione kocanki piaskowe. A dalej zobaczyliśmy… coś. Widzieliśmy to tylko od strony plaży i nie wiemy, co to. :)))

Przez większość czasu morze cudownie szalało. Ale pod koniec naszego pobytu pogoda się wygładziła. Słońce pokazało co potrafi. Morze z trybu „sztorm” weszło w tryb „zupa”.

A ponieważ zaczął się weekend, to na piasek wyległy tłumy. I ludzie przejęli rolę wiatru, co nawet nieźle im wychodziło. :)))

Wolę jednak to dzikie morze. Ten niezastąpiony zapach, szum. To wszystko, za czym będę teraz tęsknić…

A kiedy nie spacerowaliśmy po plaży, to oczywiście pojechaliśmy do WOLINA… :)))
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna

Jak to latem bywa…

Latem latają ćmy. Hm… no cóż, taki początek też może być. 🙂 Niektóre siadają na oknie, w dzień też. Ostatnio często zdarza mi się zobaczyć je od nieco nietypowej strony. Ale trzeba przyznać, że tak też fajnie wyglądają. :)))

A ponieważ latem są wakacje, to obowiązkowo trzeba zmienić nieco otoczenie. I na przykład wjechać tradycyjnie nad morze. Jak na razie to jest dla maluchów największa atrakcja. Na góry przyjdzie czas. 🙂
Tym razem wybór padł na Dziwnówek. No cóż, wiadomo – byle blisko Wolina. :))) A skoro blisko Wolina, to nie obędzie się bez mojego ulubionego tematu. Możecie być o to spokojni. :))) Będzie trochę o morzu, zobaczę ile mi z tego wyjdzie, pewno ze dwa wpisy. I o ukochanym Wolinie. Niby to samo, a zawsze znajdę coś nowego.
Ale teraz ruszamy nad morze. Przed nami prawie 600 km. Dobrze że nie jest zbyt gorąco. Droga dosyć spokojna. Co chwila widać bocianie gniazda. Największym utrudnieniem są pojawiające się czasem na drodze kombajny. Ale na szczęście drogi typu S są od nich wolne. 🙂 Co roku jedziemy nieco inną drogą, żeby wybrać najlepszy wariant. Ale są odcinki, którymi zawsze jedziemy i już je dobrze znamy. Część drogi wygląda tak:

Ciągle jeszcze są zboża. Gdy będziemy wracać – żniwa będą w pełni. Bardzo mnie urzekła w tym roku cykoria. Cykoria podróżnik. Jakoś wyjątkowo jej dużo na poboczach. Te urocze błękitne gwiazdeczki umilają nam jazdę.

Zdjęcia z samochodu przeważnie nie wychodzą mi najlepiej, ale zawsze próbuję coś zrobić. 🙂 Choćby takie „dokumentacyjne”.
Jak zwykle z przyjemnością czytam drogowskazy i nazwy mijanych miejscowości, rzek, reklamy. Zawsze znajdę coś ciekawego, czy zabawnego. Czasem próbuję znaleźć źródłosłów jakiejś nazwy. Co bywa nieraz trudne. W tym roku (chociaż przy innej okazji) widziałam drogowskazy z nazwami: Dalabuszki i Tworzymirki. Śliczne, prawda? Tym razem spodobała mi się rzeka Myja. 🙂
A tymczasem droga sobie płynie. To cały dzień drogi.
Dojeżdżamy późnym popołudniem. Trzeba się zameldować. Kwatera w porządku. I bardzo sympatyczni ludzie. 🙂 Teraz tylko wynosimy wszystko z samochodu. Chwila odpoczynku i idziemy przywitać się z morzem. Tak bardzo za nim tęskniłam. Góry też lubię, ale ostatnio morze wygrywa. Jest fascynujące i tak mi bliskie.
Teraz trzeba tylko uporządkować zdjęcia, wspomnienia, przeżycia…

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna