Wrześniowa mruczanka

Wrzesień, z wrześniem jesień. Coraz bliżej i bliżej. Coraz ciemniej i ciszej. Większość śpiewaków już odleciała. Wróble tylko drą się, okupując drzewa u sąsiadki. Sikorki już dzwonią zimowo. Zimniej, mokrzej, pojawiają się mgły i klasyczne obrazki.

Mieliśmy jechać na festyn, ale dzieci się rozchorowały. Pierwsze przeziębienia, katary… Wprawdzie impreza w Biskupinie trwa tydzień, ale poważnie wątpię czy uda nam się pojechać. To ostatnia, jak dla nas, impreza tego typu w roku. Koniec sezonu. Szkoda…
Poranne wstawanie, krótkie dni i nieuchronnie nadciągają jesienne smuteczki. Właściwie to już klasyczna chandra na całego. Kiedy to nie ma się na nic ochoty, tylko na ciepły kocyk i jakiś ciepły płyn. Na przykład na wodę z miodem i cytryną. I chipsy z jarmużu. Ich chrupkość jest wręcz doskonała. Ideał chrupkości. 🙂
Taki stan nieważkości. Jeszcze trochę ciepła daje słońce, ale coś tam się snuje w powietrzu. Budzą się jakieś smutki i lęki, ciężar przemijania, trudno z tym walczyć…
Wszędzie oznaki jesieni. Ostatnie przetwory wędrują do słoików. Niby to pora odpoczynku, ale jakaś taka niefajna. Chociaż potrafi być piękna i kolorowa. Jak barwy liści na ulubionym sumaczku.

Smutno jakoś, ciężko, łzawo… Nie cieszy nawet ukochana muzyka. Przebieram w wełnach, może dobiorę jakieś barwy na krajkę?
Ostatnio też zajmowałam się, nazwijmy to, pracami plastycznymi. 🙂 Byłam w gronie gospodyń robiących wieniec dożynkowy. Na zdjęciu tuż po ukończeniu. 🙂

Nie rozumiem, wszystkie pory roku przemijają tak łagodnie, a lato się kończy. Nagle, nieodwracalnie. I to w jakiś sposób jest przykre, a powinno być normalne, tak jak przy pozostałych porach. No ale nie może być za prosto. Człowiek jest istotą skomplikowaną i potrafi sobie życie urozmaicić. 🙂 Żeby jeszcze się tak spać nie chciało, to może by się łatwiej przebrnęło przez ten czas przedjesienny. 🙂

Pozdrawiam serdecznie 🙂
Grażyna