Wolin 2016, cz. 2

No to ruszamy w dalszą drogę i robimy kolejną rundkę między chatami, namiotami i kramami. Synek pociągnął mnie na wybrzeże, bo kiedyś była tam jaszczurka. Ale to było kiedyś. Tym razem musiał zadowolić się ważką.:)

Kręciliśmy się też w okolicy parkingu. Tam jest kasa biletowa, z mini muzeum. W czasie festiwalu kasa przenosi się na most, a parking zamienia się w pole bitwy.:) No ale takiego zestawu nazw nie mogłam nie sfotografować. Prawda?:)))

Kolejny kram – tu są łuki, strzały, groty itp. Te ciemne, lśniące – to obsydian. Zawsze chciałam go zobaczyć.:) Były też woreczki ze wzorami. Bardzo mi się podobały. Ale ten wzór aż prosił się o nitkę i haft. No to uległam tej prośbie.:))) Nabyłam nici, igłę miałam w niezbędniku. No i tak wygląd efekt końcowy. Co prawda dawno nie haftowałam, ale nawet taki drobiażdżek dał mi sporo radości.:)

Tutaj były buteleczki z dziegciem i inne takie. Ale najbardziej spodobało mi się to naczynie stojące w popiele. Przymierzałam się parę razy, bo nie chciałam tam przełazić, ale w końcu udało się zrobić jakie takie zdjęcie. O szczegóły nie dopytałam, bo właściciel akurat gdzieś się oddalił.

Tutaj wyszedł im fajny efekt edukacyjny. Dwie chaty o takiej samej konstrukcji obok siebie. Jedna dopiero w trakcie budowy, druga już ukończona. Ta niedokończona jest właściwie odbudowywana. Gdy byłam pierwszy raz w Wolinie, to stała tu taka sama chata. Potem spłonęła i przez jakiś czas było pusto. Teraz będzie nowa. Fragment ściany z bliska. Wygląda jak wielki koszyk, albo płotek przy ogródku.:)

Zaglądam do chaty. Czy te runy tu były? Może nie zaglądałam tu podczas festiwalu.:) To chyba chata zielarki (znachorki?, wiedźmy?).

Ozdobne okienko i nieco zarośnięty dach, ale też ładnie wygląda.

Tutaj okiennica i półki z naczyniami. Poprzednio było ich trochę mniej. Chyba. Ale tu jakieś ubytki uzupełniane są na bieżąco. A naczynia – wiadomo, kruche, to trzeba czasem uzupełniać ekspozycje.:)

Tutaj był kram z rzeczami skórzanymi, m.in. z uprzężą. Trochę makabryczne, ale czytałam ostatnio Pratchetta i tak mi się skojarzyło, że może Śmierć tu robi zaopatrzenie…:)))

Kram z glinianymi cudeńkami. Często przy naczyniach są kartki z informacją, że to replika naczynia z określonego wieku i miejscowości. Takie przyjemne z pożytecznym.:)

Chciałabym zobaczyć ten witraż w całości. Pewno piękny będzie.:) Można było nabyć tzw. gomółki szklane, oprawione pojedynczo, na rzemyku. Raczej ozdoba, ale można potraktować jako oryginalny wisior.:)

O. Pomalowali bęben i wymienili skórę. Oczywiście stał i kusił, żeby go chociaż delikatnie poklepać. Rzadko kto przeszedł obok niego obojętnie.:)

Jak zwykle oczy przyciągały dzieciaki w strojach z epoki. Biegały sobie swobodnie i bawiły się radośnie. Albo w swoim towarzystwie, albo z dziećmi turystów. Naszym dzieciom towarzyszył uroczy Jasiek, który chętnie pozował.:) Tu mała gromadka. Byli jeszcze walczący chłopcy, ale bitwa akurat trwała i trudno było coś tak ruchomego sfotografować.:)

I to, co tygrysy lubią najbardziej – krajka w trakcie tkania.:) Tutaj na bardku. Bardko to to drewniane z otworami, z którego wychodzą nici. Będzie na zbliżeniu, bo wtedy widać układ nici, czyli wzór.:) To z brązową, nawiniętą nicią w środku, to czółenko. Co prawda wolę tabliczki, ale bardko też jest fajne.:)

No to teraz chwila odpoczynku i powybieram sobie zdjęcia do następnej części.:)

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna