Warsztaty tkackie w Biskupinie (2016)

O Biskupinie będą dwa wpisy. Jeden to warsztaty, a drugi – to Biskupin bez turystów. Muszę się nim pozachwycać, bo podczas festynu nie mogłabym tego zobaczyć.:)

Pora na sprawozdanie z warsztatów tkackich.:) W zeszłym roku za późno się zorientowałam. W tym wreszcie pojechałam. Oczywiście miałam tremę. Wprawdzie próbowałam tkać krajki na bardku i na tabliczkach, ale teraz się dziwię, jakim cudem mi się to udało.:))) Zajęcia mieliśmy w chatach łużyckich, tych długich. To najbardziej rozpoznawalne budowle biskupińskie. Kiedy na dworze było gorąco – w chacie panował przyjemny chłód. Kiedy padał deszcz – dach z trzciny sprawdzał się znakomicie.:)

Chata z wyposażeniem. Ławy nakryte skórami okazały się bardzo wygodne. W ścianach pełno było różnych kołków, bardzo przydatnych podczas pracy.:) Wisiały tam najrozmaitsze przykłady plecionek i tkanin, wykonanych różnymi technikami i z różnych materiałów.

Najpierw wykład pani doktor Agaty Ulanowskiej z archeologii włókiennictwa. Odkrycia, surowce, z których pozyskiwano włókna do najrozmaitszych materiałów. Bo przecież używano nie tylko tkanin, ale także rozmaitych plecionek, sznurów, sieci itp. Potem pojawiły się surowce i narzędzia dla nas.:) Kosze z wełną, którą musieliśmy sobie przygotować do przędzenia. Bo to był pierwszy etap naszej nauki.

Jednym z narzędzi rozluźniających wełnę, była rama z kratką, wełnę rozluźniało się na tym umiejętnie… waląc ją kijkami.:) Można też było zrobic to ręcznie.:)

Po przygotowaniu surowca dostaliśmy przęśliki z wrzecionami. Takie kółko gliniane na patyczku. W skrócie.:) Jakoś nie mam zdjęcia z warsztatów. Znalazłam zdjęcie mojego, który sobie kupiłam w Wolinie w zeszłym roku, to tu pokażę, żeby było wiadomo, o co chodzi.:)

Po czym mogłam już zanucić moją wersję piosenki: „[…] przędą sobie, przędą… kosmate sznureczki”.:))) Nie mogę nucić o dzieweczkach, bo wśród nas był jeden pan.:) Jako uczestnik czynny. Drugi był bardziej jako uczestnik bierny, ponieważ był głównie opiekunem swoich córek, które dzielnie brały udział w zajęciach.
Na tym zdjęciu trochę widać przęślik i wrzeciono, ale kiepsko. Jest inny w kształcie niż ten mój.

Szamotanie się z przędzą wcale nie jest takie łatwe. Wełna tylko z wyglądu jest milusia, puchata i delikatna. Kiedy trzeba z niej wyciągnąć równą i cienką nitkę, to, skubana, stawia dzielny opór.:) Niektórym szło to całkiem nieźle. Ja już się ucieszyłam, kiedy udało mi się to w ogóle skręcić. Potem trzeba było to, co uprzędliśmy, podzielić na dwie części i skręcić podwójną nić (u mnie sznurek).
Następnym etapem było tkanie. Dostałyśmy gotowe nici, bo nie wyobrażam sobie tkania z tego czegoś, co osadziło się na moim wrzecionie.:))) Najpierw oczywiście wykład o technikach tkackich. Przed nami były trzy narzędzia: bardko i tabliczki oraz warsztat pionowy. Tutaj pojawiały się nowe narzędzia i przedmioty pomocnicze, jak na przykład gliniane obciążniki do krajek i osnowy.

Ponieważ miałam już kiedyś w ręku bardko i tabliczki, a zajęcia mieliśmy w jednym pomieszczeniu, to bezczelnie wprosiłam się do grupy zaawansowanej na wzór wyciągany na bardku i bardziej skomplikowany na tabliczkach. I od razu się wystraszyłam, czy dam radę, bo ja właściwie uczyłam się sama, nikt mi nie wytłumaczył, jak to powinno wyglądać. Nawlokłam sobie nici, zostałam przywiązana do bardka. Ponieważ stałam w dobrym miejscu, to na moim bardku pokazywano jak to ma wyglądać. Same dłonie, bez czółenka, stres. Ale powoli, powoli, zaczęłam rozumieć, na czym to polega i jakoś poszło.:)

Po przerwie przyszła pora na tabliczki i sympatycznego nauczyciela. Dostaliśmy schemat, wręczono nam tabliczki i kazano wybrać i nawlec nici. Drobnostka, jeśli pominie się fakt, że trzęsą się ręce.:) Potem usłyszałam: „O, to może tutaj panią powieszę”. Oczywiście chodziło o moją krajkę, ale zrobiło się wesoło.:)) Zresztą ogólnie było wesoło, nastrój był bardzo pogodny i sympatyczny. Czasem zapadała cisza, kiedy w skupieniu liczyło się nici, obroty i inne takie, ale ogólnie ciągle rozmawialiśmy. Panie cierpliwie znosiły nasze liczne pytania, odpowiadały wyczerpująco. Właściwie cały czas czegoś się uczyliśmy.
Tak wyglądała moja wisząca krajka. W tym miejscu porzuciliśmy wzór główny, bo okazało się, że przy tym rozkładzie nici można uzyskać rozmaite wzory, miałam wolną rękę i mogłam sobie eksperymentować, układając dowolnie tabliczki, według własnego pomysłu. Cała mi się nie zmieściła na zdjęciu. Tabliczki są związane, żeby się przypadkowo nie przesunęły czy przekręciły.

No i wreszcie „nadejszła wiekopomna chwila” i pojawiły się w chacie warsztaty pionowe. Ten bliżej, to ten, na którym tkałam. Serio – to są warsztaty tkackie.:)

Tutaj już z rozpoczętą robotą. Prawda, że zupełnie inaczej wygląda? A potem kilka szczegółów. Ten kubeczek, to moja „trzecia ręka” – przytrzymywał mi nić wątku.:)

Tutaj już praca na ukończeniu. Nie jest to duży kawałek tkaniny, ale już jest. Mój pierwszy.:) Podczas pracy okazało się, że w jednym miejscu nici są mocniej napięte, co wywoływało nierówną linię splotu. Jest na to metoda: z boku dodaje się kliny i wyrównuje się.

Ogólnie zajęcia bardzo mi się podobały. Atmosfera była bardzo sympatyczna, było sporo śmiechu, nikt nie wymagał od nas poziomu mistrzowskiego przy pierwszym obrocie tabliczek, można było spytać o wszystko. No i tego mi właśnie brakowało: teorii, techniki, sposobów. Jestem bardzo zadowolona, no i, przyznaję, dumna z tego, że się odważyłam pojechać i coś mi się udało nawet zrobić.:) A Biskupin, nawet w deszczu, jest piękny i klimatyczny.:) I o nim muszę choć trochę napisać w następnym poście.:)

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna

:)

Mała przerwa i już jestem z powrotem. Ot, taka kolejna podróż w czasie. Tym razem Biskupin. Ale nie turystycznie, tylko pracowicie. Pojechałam na warsztaty tkackie. No wreszcie się udało! Trafiłam na bardzo sympatyczną grupę uczestników i przemiłe prowadzące. Ale, jak się okazało, nie tylko panie, bo w tajniki trudniejszych wzorów krajek na tabliczkach wprowadzał nas pan Robert. Oczywiście będzie sprawozdanie.:) Muszę to wszystko ogarnąć, porobić trochę porządków na blogu i uzupełnić zaległości. To teraz, jako przerywnik, parę zdjęć znad morza. Obiecałam szalony zachód słońca.:))) Różne rodzaje chmur, zmienne i rozwleczone po całym niebie, więc musiałam robić zdjęcia fragmentami i na koniec próba ujęcia całości. Taki świetlno-chmurzasty spektakl.:) Kształty chmur były niesamowite, a momentami niebo wyglądało jak… wrota piekieł. Albo wnętrze wulkanu, jak ktoś woli.:))) A potem będzie wycieczka do Biskupina.:)

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna