2018 – idzie NOWE…

Kochani, dziękuję Wam za odwiedziny, życzenia, ciepłe słowa.

Wam również u progu nowego roku pragnę złożyć serdeczne życzenia. Oczywiście zdrowia, dobrych, spokojnych dni. Rozwiązania problemów, jak najmniej smutków i powodów do zdenerwowania (chociaż to akurat w naszym pięknym kraju jest trudne do realizacji:). Żeby było lepiej niż w ubiegłym roku. Wszystkiego dobrego!

Ja ostatnio rzadko tu bywałam, u Was też, chociaż najczęściej to po prostu szybko przeczytałam notki i już na komentarze to czasu brakowało.:))) Jakoś przed świętami miałam więcej pracy niż zwykle, do tego wzięłam się za ambitny projekt prezentów hand made i to załatwiło mi również część nocy.:))) No, ale już szczęśliwie święta i sylwester należą do przeszłości. Impreza była bardzo udana…:)))

W czasie świąt udało nam się nawet wyciągnąć dzieci na mały spacer, a mnogość prezentów skutecznie odciągnęła je od telewizora (no ileż razy można oglądać Maszę?!).

A teraz mogę… odpocząć, dojść do siebie, zrelaksować się, bo nic nie muszę już teraz, natychmiast i na godzinę. I wreszcie zająć się blogiem. No bo i mnie czeka przeprowadzka. Ale mam nadzieję że jakoś dam radę, a jakby co to pewno pomożecie.:)))

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna

Boże Narodzenie 2017

„Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy
Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski

Niebo ziemi, niebu ziemia
Wszyscy wszystkim ślą życzenia
Drzewa ptakom, ptaki drzewom
Tchnienie wiatru płatkom śniegu

Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku
Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku
Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem
Dzień, piękny dzień, dziś nam rok go składa w darze

Niebo ziemi, niebu ziemia
Wszyscy wszystkim ślą życzenia
A gdy wszyscy usną wreszcie
Noc igliwia zapach niesie”

Pogodnych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia
Grażyna

W nurtach jesieni

Rzeka, zwana jesienią, porwała nas całkowicie i niesie przez czas.
Październik skończył się bardzo barwnie.

Resztki orzechów, zakopane pod stertami liści, są odkrywane przez pierzastych łakomczuchów.

Synek podbiera kawałki drewna do kominka, wykałaczki, patyczki do szaszłyków i inne takie, i tworzy. Miał model fabryczny, plastikowy, ale zrobił swoją wersję drewnianą.:)

Mimo pory roku mamy czasem kotki na wierzbie.:)

A motyle wreszcie są MOJE! Zachwyciłam się nimi od pierwszego wejrzenia i okazało się, że można je kupić.:))) Tuv robi naprawdę arcydzieła. Ciągle się tym napawam, ma tyle szczegółów, że można patrzeć i patrzeć, i się nie znudzi.

Słowem – jesień może być kolorowa na różne sposoby.:)

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna

Patchworkowe cuda

Właściwie wszyscy chyba wiedzą, co to jest patchwork. Mam taką nadzieję.:))) Najczęściej kojarzy się to z kołdrą lub narzutą, zszywaną z kwadratów. Ale to nie takie proste. (Proste to ja potrafię za pomocą szydełka wydziergać.) Tu mam na myśli prawdziwe cuda i dzieła, tworzone za pomocą maszyny do szycia. Dla mnie rzecz totalnie poza zasięgiem.:))) A sama na własne oczy widziałam takie dzieła. Piękne! Do tego tą metodą powstają rozmaite mięciutkie, milutkie rzeczy dla dzieci i ich mam. Tą metodą powstają też wspaniałe obrazy.

Jak się dobrze przyjrzycie, to na zdjęciu jest delikatny napis „Matylda”. Na moim blogu, po lewej stronie, jest odnośnik: „Polecam”, jeśli się kliknie obrazek, to przekierowuje do sklepu z takimi cudami.
Ale żeby wszystko lepiej przybliżyć i się nie powtarzać, to proszę (BARDZO PROSZĘ:), żebyście zajrzeli na blog Marchevki i przeczytali ten wspaniały tekst.

http://marchevka.blogspot.com/2017/10/historia-pewnej-poduszki-ktora-z.html

Ja tak ładnie nie umiem. Widzę wpisy na innych blogach. To ja też się dołączam. Też znam Matyldę i jej męża. I jakoś chcę pomóc, choćby w ten sposób. Proszę, przeczytajcie, zajrzyjcie. Niedługo będą święta, to można znaleźć tam fajny prezent.:)

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna

Jesienne zwierzęta

Korzystają ze słonecznych dni, z tego, że wciąż kwitną kwiaty i jest trawa. Chociaż czasem zaskakują. U nas we wsi pojawiła się wiewiórka, a w leśnym karmniku lisy wyjadały jabłka. Czyżby zaczynało im brakować w lasach odpowiedniego pokarmu?
Chwilowo mamy tę ładniejszą odmianę jesieni i różne stworzenia cieszą nasze oczy. Chociaż niekoniecznie. Jest jeden taki, może i ładny, ale zdjęcie robiłam z daaaaleka.:))) Często pojawiają się jeszcze motyle. Dużo rusałek. Pawiki pysznią się kolorami. Cytrynki wprawdzie bardziej kojarzą się z wiosną, ale teraz też ładnie wyglądają, gdy łakomie wylizują nektar z koniczyny.:) Do tego rzadko widywany chruścik, który ma piękny profil. No i krzyżak, błeee… Ale uparcie się ustawiał do zdjęcia, no to zrobiłam.:)))

To wprawdzie nie zwierzę, ale jakby… ślady? Pajęczyny babiego lata, rozpięte na drutach. Do tej pory jakoś tego nie zauważyłam, ale w tym roku jest ich bardzo dużo i były dobrze oświetlone. Na zdjęciu widać takie jasne smugi. W realu wyglądało to niezwykle, bo te cieniutkie niteczki falowały na wietrze i niesamowicie migotały.

Część ptaków zostaje, tak jak srokosz, którego ostatnio często widuję. Część jest w trakcie przelotów (nie wiem co to). Ciekawe, kiedy odlecą szpaki, bo na razie kręcą się wszędzie, świergoczą i żrą jak smoki.:)

Na łąkach żeruje rozmaita zwierzyna.:)))

A po garażu łaził inny, także rzadko spotykany, piękny gość.:)

Chwilowo napawamy się złotą, kolorową, słoneczną jesienią. Dni są ciepłe, już nieco rozleniwione, kończą się zbiory, skrzętne gromadzenie, prace polowe, ogródkowe. Powoli, powoli zbliżamy do pory odpoczywania, robótek ręcznych, ciekawych książek, koców, kubków z ciepłymi płynami, ciszy i… oczekiwania. Na wiosnę.:)))

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna

Wrześniowy weekend

Ponieważ na dworze aura wybitnie listopadowa, to pora na kolejne wspomnienia.:))) To już nie wakacje, bo wyjazd wrześniowy, ale też przyjemny. Chociaż po drodze i w samym Biskupinie natrafiliśmy na niezmiernie przykre widoki. Zaczęło się już przed Gnieznem. Pierwszy taki las, to był las miejski Gniezna. Przerażający i przykry widok połamanych i skłębionych drzew, krzewów. Obszar zniszczeń był ogromny. Gdy wyjechaliśmy za Gnieznem na S5, to ciągle mijaliśmy takie dramaty. Ogromna skala zniszczeń. Na tak długim odcinku wciąż mijaliśmy resztki lasów. Co prawda było tego coraz mniej i mieliśmy nadzieję, że to ominęło Biskupin… Niestety, nie ominęło… Obszar rezerwatu archeologicznego może nie jest zbyt wielki, ale poległo około 800 większych drzew, a wiele mniejszych i krzewów było niemiłosiernie skotłowanych. Wyobrażam sobie, co czuli pracownicy muzeum, kiedy okazało się, że nie mogą rano wejść na teren rezerwatu… My widzieliśmy już ślady, największe drzewa były pousuwane, drogi były już puste, ale to musiał być okropny widok… I lęk, co zastaną dalej, co z budynkami. Najlepiej chyba zniosły to chaty łużyckie, bo tam nie ma drzew, trochę im uskubało dach. Ale podobno najgorzej wyglądała zagroda Wisza, tam gdzie było najwięcej drzew. Po tym co widziałam wcześniej, nie miałam już siły tam pójść…

Otrząsnęliśmy się nieco po tych przykrościach i zaczęliśmy zwykły obchód. Oczywiście trzeba było posłuchać czeskiego zespołu Řemdih, który oboje z mężem lubimy.:) Potem, kolejny stały punkt programu, czy tańce irlandzkie w wykonaniu zespołu Comhlan.

Pogoda w sobotę nie była najładniejsza, nawet trochę zaczęło padać, ale przecież nie będziemy siedzieć bez sensu w zimnym pokoju.:))) Na kramy też trzeba było zajrzeć. Obejrzeć te w chatach łużyckich. U bursztyniarza kramu pilnował niezwykle groźny „brytan”…

Ale i tak udało mi się zrobić zdjęcie warsztatu do obróbki bursztynu, a pod specjalną lupą były bryłki, w których ukrywały się różne owady, kawałki roślin, szczątki jakiś zwierząt.

W chacie łużyckiej na kramie był cudnej urody miecz. Nie wiem, czy tylko jako ozdoba, czy do sprzedania. Ale o cenę nie ośmieliłam się spytać… Obok były różne formy do produkcji np. ostrzy do siekierek albo ozdób. Tu była forma kamienna, metalowa i gliniana – ta ostatnia do produkcji metodą traconego wosku. Forma kamienna – to ta do półksiężycowatej ozdoby. Nad nią jest gliniana. Na niej jest kształt ostrza z wosku, a obok już z metalu. Nad nimi, z prawej strony jest gotowe ostrze i forma metalowa.

Teraz małe wtrącenie nie z festynu. W niedzielę pojechaliśmy do kościoła w sąsiedniej Gąsawie. Ładny, stary drewniany kościół. Ale nieco zaskoczyła mnie… dekoracja ołtarza. Ksiądz widocznie zorientował się, że ludzie też mają dziwne miny, bo wytłumaczył, że poprzedniego dnia była msza dla koła łowieckiego czy jakiś myśliwych i leśników, no i stąd to przed ołtarzem. A wyglądało to hmmm… oryginalnie.:)

To wracamy na festyn.:))) Tematem tegorocznego festynu byli… bogowie wojny.:))) Oznaczało to zwiększony nacisk na uzbrojenie, wojsko, wojów i wszystko co się z wojną wiązało. W tym, oczywiście, wszelkie rytuały związane z bitwą. Na przykład ofiary składane aby uzyskać błogosławieństwo bogów i zwycięstwo. Domyślam się, że w tym właśnie celu pojawiła się ta figura. Podejrzewam, że to Trygław. Zresztą nic dziwnego, bo widziałam, że w tym roku prym wiodła drużyna, której wodzem był Igor Górewicz.:) Zresztą on był też autorem wystawy w muzeum. Tam były chyba głównie miecze. Niestety, wystawy nie udało nam się zobaczyć. Za mało czasu i za dużo ludzi…

Kolejnym elementem było wróżenie przy pomocy konia. Układano na ziemi dziewięć włóczni. Koń trzykrotnie przechodził nad nimi. Jeżeli za każdym razem potrącił którąś z włóczni, to wróżba była niekorzystna i najlepiej było odłożyć bitwę na lepszy czas, kiedy bogowie będą bardziej życzliwie patrzeć na nią. Na przykład w Arkonie, w dawnej świątyni Świętowita, był biały koń, natomiast koń Trygława był czarny. Zwierzęta te były otaczane opieką i chronione, jako święte.

No cóż, nie obyło się jednak bez wpadki. Koń, który odgrywał rolę zwierzęcia wróżebnego, pozwolił sobie na niezbyt godne zachowanie. Otóż przechodząc przed szeregiem czekających wojów, zadarł ogon i… starannie użyźnił pole bitwy. Wśród niewątpliwie rozbawionej publiczności rozlegały się jednak wyrazy współczucia, no bo oni przecież będą zaraz w… tym walczyć i padać. Trup się będzie słał, tam gdzie konik…

Tym razem nie tylko wojowie słowiańscy walczyli. Były też pokazy bitwy Rzymian z barbarzyńcami. Najpierw omówiono stroje i uzbrojenie jednych i drugich. Rzymianie zrobili to świetnie, ponieważ żołnierze ustawili się pojedynczo tuż przed widzami i gdy prowadzący opisywał daną część stroju lub uzbrojenia, panowie, z wdziękiem modeli na wybiegu, demonstrowali omawiany element. Potem Rzymianie pokazywali kilka formacji bojowych. I wreszcie, po opisaniu rytuałów przedbitewnych i złożeniu odpowiedniej ofiary, doszło do bitwy. Barbarzyńcy nie złożyli ofiary, bo oni składali ją z ludzi… Widocznie mieli za mały skład, czy co…:))) Jeśli chodzi o tę bitwę, to była taka bardziej pokazowa, mniej spontaniczna, mało żywiołowa. Więcej teatru. Ale ładnie się prezentowali. Prowadzący, który omawiał uzbrojenie i funkcje poszczególnych osób w oddziale rzymskim, też ciekawie wyglądał…:))) Wojownikom towarzyszyły także instrumenty. Rzymski wyglądał zwyczajnie, chociaż był mocno zwinięty, natomiast barbarzyński… machał językiem.:)))

Jako ostatni punkt programu zafundowaliśmy sobie przejażdżkę kolejką wąskotorową do Wenecji. W jedną stronę była zwykła lokomotywa spalinowa. Natomiast z powrotem był to mały, uroczy, prawdziwy parowozik. Jechaliśmy w pierwszym wagonie, więc aparaty poszły w ruch, a chłopcy w różnym wieku, ze szczęściem w oczach, patrzyli, jak to wszystko działa. Bo huczało, dymiło, gwizdało, kręciło się, stukało itd. No dobra, to naprawdę było fajne.:))) Potem zrobiłam zdjęcie z boku i oczywiście musiałam zajrzeć do środka i obejrzeć palenisko.

Po atrakcjach natury technicznej, otrzepaliśmy się z sadzy, rzuciliśmy pożegnalne spojrzenie na rezerwat i pojechaliśmy do domu.

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna