Trafiłam dzisiaj przypadkowo na pewną wypowiedź osoby, bardzo dla mnie ważnej. Wysłuchałam części i padły tam zdania, które mocno odczułam. Uderzyły we mnie, jak kamień w szklaną taflę. Miałam wrażenie, że układam… puzzle. I nagle okazało się, że poszczególne kawałki nie pasują do siebie. Układany obrazek nie ma sensu. Wszystko się rozsypało. To co jest dobre, zawdzięczam tylko życzliwości spotkanych osób. Moje decyzje, postępowanie – to ciąg błędów, niepowodzeń i pomyłek. Nie dam rady pozbierać już i dopasować właściwych kawałków. Mam wrażenie, że na wszystko już za późno. To bez sensu. Wszystko jest jakieś jałowe. Patrzę przed siebie i tam nie widzę już nic. Może brakuje mi sił i odwagi. Może niektóre rzeczy poznałam i zrozumiałam zbyt późno. Dobrze że ta osoba nie czyta mojego bloga… Dlaczego to wszystko tak boli…
Pewno nasuwają się komentarze typu: na co ona narzeka, przecież ma wszystko: dom, kochaną i kochającą rodzinę, wykształcenie, zainteresowania… I poczucie, że nic nie robię na serio, że wszystko jest… zamiast. Że w którymś miejscu popełniłam błąd, którego się nie da naprawić. Że nie robię tego, co powinnam, że coś ominęłam. Zaczynam różne rzeczy i nie kończę… Niepokój i ciągłe pytania, na które nie znajduję odpowiedzi. A może odpowiedź jest tylko jedna? Że jestem tchórzem, który w pewnym momencie spanikował. Poddałam się biernie losowi i teraz już nie wiem, jak to naprawić. Nie cofnę czasu, wypowiedzianych słów. I nie zapomnę tych kilku zdań, które dla mnie były wyrzutem i oskarżeniem. I nie mów, że nie chcesz nikogo zranić… Mnie zraniłeś… Puzzle się rozsypały…