Słodko i gorzko, czyli życie…

Kończy się luty, kończą się ferie. Zima jeszcze czasem wysuwa pazury, ale robi to niemrawo, chociaż ostatnio było nawet -7 i nieco przysypało śniegiem, ale słońce już coraz silniej grzeje, dni coraz dłuższe. Powietrze powoli się zmienia i rano nie jest już tak cicho. Ptaszyska świergolą coraz śmielej. Na razie królują przebiśniegi i różne kotki.

W domu niedawno jeszcze upajał wonią biały hiacynt.

Gawrony zaczynają łamać gałęzie i naprawiają gniazda. Całe tłumy ptaszorków buszują w ogródku u mojej mamy i przewracają zbutwiałe liście w poszukiwaniu owadów i dogryzają resztki orzechów. Kowaliki, sikory, kawki, gawrony, kosy. Kosica przysiadła sobie dla odpoczynku.:)

Idzie wiosna, budzi się nowe życie, przyroda znowu zatoczyła krąg.
Tak, w przyrodzie tak się dzieje. A ludzie odchodzą… Przypomina mi to wycinanie lasu. Upadają wielkie, wspaniałe drzewa. Zostają po nich dzieła, ale ICH już nie ma. Nigdy już nie stworzą NIC nowego. Pozostanie po nich tylko ślad. A drzewa to było oparcie, siła, schronienie. Były częścią mojego, naszego życia. Byli „od zawsze”… Gdy patrzę dookoła to takich „drzew” wokół coraz mniej. Przeważają krzaczki, trawka i kwiatuszki. Słodkie i jakże ulotne… Zalewa nas morze bylejakości. Całe mnóstwo tzw. „bestsellerów”, gwiazd, celebrytów. Ich nazwiska widzimy i pamiętamy bardzo krótko. Czasem już po roku nie wiemy kim byli, co napisali, namalowali, zaśpiewali. Jest tego mnóstwo. Ale nie ma tych wielkich… Czasem wydaje się, że pojawił się wspaniały talent, drugi Leonardo i… znika. Po chwili już go zapominamy, nie ma nowych cudownych dzieł. Pojawia się następny i następny… Kolorowy zawrót głowy… I na czym się mamy oprzeć? Gdzie schronić? W co wierzyć? Czym się zachwycać? Coraz bardziej żyjemy chwilą. A ci wielcy odchodzą, zabierając z sobą cząstkę mojego, naszego życia… Tak ciężko się z tym pogodzić, że ideały stają się już przeszłością… Smutno i gorzko…

Pozdrawiam serdecznie:)
Grażyna