No cóż, jakoś nie zabrzmiało to radośnie… Chyba dopadło mnie przesilenie wiosenne. Pogody wredne, jakaś taka niepozbierana jestem, wszystko mi z rąk leci, ciągle o czymś zapominam, chętnie dłużej bym spała. Rano jeszcze zimno, przymrozki, trzeba zakładać stertę ciuchów. Tego też mam już dosyć. Mam ciągle dysfunkcję systemu motywacyjnego (to urocze określenie znalazłam u Caffe). A tu święta blisko, mnie coś znowu bierze, przy 38,6 nie chce mi się myć okien. Takie dno i pół metra mułu… Yyyyy…
Karmnik jeszcze działa, bo przy porannych przymrozkach ptaszory wygłodzone jak wilki. Na słoninach wiszą grona mazurków. I nie tylko… Taka „ptaszyna” też się pojawia. 🙂 Na słoninie też czasem „wisi”, łbem do dołu, bo siedzi wtedy na daszku karmnika.

No to pomarudziłam.:) Trzeba było uczcić początek wiosny. :)))
Pozdrawiam serdecznie:)










